O nauczycielach filozofii. O filozofii-nauczycielce

W ramach idei „Co w sieci myśli” prezentujemy dzisiaj wpis gościnny Cezarego aka Dziewica z bloga Płaszczyzna Immanencji, którego odwiedzenie serdecznie polecamy.

Filozofia? Tak! Ale która? Od czego zacząć? Byle nie od Tatarkiewicza… Te trzy tomy są tyleż pomocne w stawianiu pierwszych kroków, co zniechęcające. Zresztą nie bez przyczyny: służyły jako podręcznik szkolny. Widzieliście kiedyś ciekawy podręcznik szkolny? Pisze się je dla młodych ludzi, czy dla starych bab?

Jeszcze raz: od czego zacząć? Od początku? Od Talesa i Platona? Ponownie: nie radzę! Tym razem nie chodzi o stare baby… choć nadal chodzi o starość. Filozofia jest żywa o tyle, o ile mierzy się z pewnymi problemami (aktualnymi, żywymi, istotnymi). Nie należą do nich woda jako arche świata czy powód skazania Sokratesa na śmierć. Jasne: Platona i presokratyków trzeba znać – bez tego wiele pojęć, wiele późniejszych odniesień, aluzji, problemów nie będzie zrozumiałych. Ale na wszystko przyjdzie czas.

nicmilo 262x300 O nauczycielach filozofii. O filozofii nauczycielce

Wenus z Milo z głową Nietzschego

Filozofia to myślenie za pomocą pojęć (można jeszcze myśleć za pomocą perceptów i afektów – sztuka – lub za pomocą funktywów – nauka). I chociaż Tatarkiewicz jest pomocny w zrozumieniu pewnych pojęć, a Platon i spółka uczą „pracy” na pojęciach, to swoją przygodę z filozofią warto rozpocząć od samego myślenia.

Myślenie jest pewną „siłą”, „energią” podążania zawsze do przodu, po-za aktualny „stan rzeczy”. Przeciwstawia się wszelkim tradycjonalizmom, naiwnym konserwatyzmom, ale przede wszystkim religii. Powie ktoś jednak: czy i religia nie jest wykraczaniem poza obecny stan rzeczy, ku Transcendencji? Albo przynajmniej z doczesności do życia po śmierci? Nie o takie wykraczanie, nie o taką aktualność chodzi. Myślenie jest wychodzeniem po-za całą obecną strukturę. Każda religia czy społeczeństwo zakreśla pewną konstrukcję, pewne „terytorium”, w ramach którego później nieustannie funkcjonuje. Zadaniem myślenia jest zaś „deterytorializacja” – opuszczanie granic tej przestrzeni: „ku nowym funkcjom”.

Brzmi to zapewne bardzo abstrakcyjnie. Szepnę wam zatem na uszko podpowiedź: poza dobrem i złem.

Kiedy Nietzsche pisze o tym, że celem nowej „rasy” jest ustawić się poza dobrem i złem, nie ma on na myśli powrotu do prymitywnych, brutalnych, przedmoralnych czasów (choćby te czasy nosiły eleganckie, nazistowskie mundury). Chodzi mu raczej o przekroczenie pewnej struktury, pewnego terytorium o nazwie „moralność”.

Nie chodzi tylko o „obyczaje”. Zadaniem myślenia jest rozbijać każdą utrwaloną strukturę. Newton zrobił to z fizyką Arystotelesa, a Einstein z fizyką Newtona. Malarstwo abstrakcyjne z figuratywnym. Nie chodzi oczywiście o niszczenie dla samego niszczenia – ale zostawmy teraz tę kwestię.

To wszystko można umieścić w jednym słowie (tyleż znanym, co – często – błędnie rozumianym). A imię jego: sceptycyzm. Jeżeli filozofia ma czegoś uczyć, to na pewno nie posłuchu dla autorytetów, zdrowego rozsądku, opinii publicznej czy objawienia. Ma uczyć „spoglądania inaczej”, z ukosa, z lotu ptaka, z żabiej perspektywy, a przede wszystkim: w głąb (jakże często przekonuje się przy tym, że dana rzecz owej głębi wcale nie ma).

Filozof powinien być jednak sceptyczny także w momencie, gdy spotyka innego sceptyka. Czy na pewno jest on tym, za kogo się podaje? Niegodziwość i banał lubią przywdziewać różne maski. Najlepszym przykładem Kartezjusz: nazywa swój sposób postępowania metodycznym wątpieniem i jedną ręką odrzuca wszystkie dogmaty. Ale tylko po to, by za chwilę wszystkie je wprowadzić z powrotem na scenę – na czele z Bogiem i moralnością (ba, tej ostatniej w ogóle nie rusza, usprawiedliwiając się: jeszcze nie pora… choć dla takich jak on czas nigdy nie będzie właściwy). Podobnie Kant: nazywa swój system krytyką, określa go jako hipotezę i chociaż w „Krytyce czystego rozumu” pozbywa się Boga i nieśmiertelnej duszy, to natychmiast przywraca obie te rzeczy w „Krytyce praktycznego rozumu”. Chociaż wkład obu w rozwój filozofii jest nie do przecenienia – bądźcie czujni!

Od takich jak oni uczę się pracy na pojęciach (i sceptycyzmu w pewnych aspektach – bądźmy sprawiedliwi chociaż nawiasem: mimo iż niczym psy bronili zastanego ładu społecznego, to w kwestii epistemologii czy ontologii byli raczej wilkami). Jednak na nauczycieli myślenia wybieram innych: Hume’a, Nietzschego, Foucault’a.

Niektórzy mówią, że mamy dziś kryzys autorytetów. Moim zdaniem w tej kwestii niewiele się zmienia: co najwyżej same autorytety (ich maski). Wolność, równość, prawa człowieka, tolerancja, pacyfizm, minimalizowanie cierpienia, wolna wola, odpowiedzialność, pracowitość, konto na facebooku. Oto dekalog dzisiejszego człowieka.

A gdyby mu się tak przyjrzeć z ukosa? Może ludzie właśnie nie powinni być równi? Może potrzeba wojny? Albo pewnego typu niewolnictwa? Tym, na co cierpi dzisiejsza epoka – i każda epoka! – nie jest brak autorytetów, ale brak myślenia.

Do filozofii prowadzą różne drogi i różne lektury, nierzadko „niefilozoficzne”. Nie chcę wam mówić o mojej, ani wskazywać takiej, którą po tych kilku latach uważam za właściwą. Myślę, że filozofia nie wymaga zachęcania. Nie wymaga zdziwienia. Nie wymaga też, choć jej nazwa może wprowadzać w błąd, miłości. Jedynym, czego jej potrzeba, jest nienawiść! Nienawiść do głupoty i nikczemności.

Przeczytaj także wpisy o podobnej tematyce:
  1. O celowości uprawiania filozofii
  2. Strumień świadomości #4 – Matura z filozofii albo o tanim państwie
  3. Loci communes, czyli o jakości dyskusji
  4. Strumień świadomości #3 – Praca! Co po filozofii?

Autorem tekstu jest Cezary "Dziewic" Rudnicki

Absolwent Filozofii na UG. Umysł ścisły, który od kilku lat wytrwale się humanizuje. Bibliofil. Mistrz gry (aktualnie na przymusowym urlopie). Naukowo zainteresowany przede wszystkim współczesną filozofią francuską i niemiecką, ontologią, zagadnieniem podmiotu, filozofią społeczną, do pewnego stopnia etyką i estetyką. Nietzscheanista. Od 2010 roku prowadzi internetowy blog poświęcony filozofii, który można znaleźć pod adresem: http://immanencja.blogspot.com
  • gość

    Nie podoba mi się ten fragment odnośnie Kanta. Rozumiem, że chcesz przedstawić sprzeczności wynikające z ich myślenia. Jednak wolałbym, aby obrazy były adekwatne. Kant wyraźnie wytłumaczył, dlaczego zaakceptował Boga i nieśmiertelną duszę. „Krytyka czystego rozumu” była próbą obiektywnej analizy sposobu ludzkiego myślenia i patrzenia. Jednak w „Krytyce praktycznego rozumu” są to wyraźnie subiektywne odczucia. Kant zdawał sobie z tego sprawę i podkreślał to. Odrzucenie Boga i nieśmiertelnej duszy wynikało niemożności dowiedzenia ich pewności i faktycznego bytowania. Słyszałeś o ideach konstytutywnych? Przyjęcie/odrzucenie Boga i nieśmiertelnej duszy są kwestią indywidualną człowieka. KCR jest próbą spojrzenia z obiektywnej perspektywy ludzkich działań, natomiast KPR jest już subiektywnym odczuciem. Rozumiem, że nie chodziło Ci o wgłębianie się w tą tematykę, tylko pokazanie różnic poglądowych. Jednak z czegoś ona wynikała. Osobiście nie odważyłbym się dać takiego przykładu, mając świadomość, że sprawa miała się inaczej. Podawanie przykładu podawaniem przykładu (jak najbardziej), ale powinien on być poprawny, a nie wprowadzający w błąd.

  • Dziewic

    Dzięki za komentarz :)

    Ja bym nie był aż tak odważny, żeby mówić o subiektywizmie i obiektywizmie u Kanta. Cały trick z transcendentalizmem w jego wykonaniu polega raczej na próbie przekroczenia tego podziału poprzez wejście na poziom intersubiektywny. A jeśli już nie uznawać tej interpretacji, to obstawiałbym raczej obiektywizm obu krytyk. W drugiej Krytyce nie ma mowy o „moralności dla ciebie i moralności dla mnie”, tylko jest to typowo transcendentalne badanie: badanie warunków możliwości. Aby moralność była możliwa muszą występować następujące elementy: Bóg, nieśmiertelna dusza i wolna wola. I są tylko dwie możliwości: albo moralność jest (i wtedy są te trzy) albo moralności nie ma.

    Ale nawet pomijając tę kwestię. O co mi chodziło: Nietzsche stawia Kantowi zarzut, że jego krytyka nie była dość radykalna, że zatrzymał się w pół drogi. Ja również widzę to w ten sposób: Kant oczyszcza epistemologię i ontologię z pewnych przyjętych dogmatów, ale zupełnie nie tyka się aksjologii. Nie tyle ją pomija, co przyjmuje tę zastaną.

  • gość

    Ale chwila. Kant zatrzymał się w pół drogi? Do czego? Do systemu? Kant nigdy nie chciał, i za każdym razem to powtarzał, zbudować systemu. Interesowało go zagadnienie ludzkiego poznania, to konkretne zagadnienie. Był filozofem systematycznym, a nie systemowym. Weź to pod uwagę.
    Jakoby scalił w moim odczuciu ontologię i epistemologię, tworząc świat tworem subiektywnym. Metafizyka jest nieodzowna dla nas od epistemo, bo patrzymy na świat tylko z perspektywy człowieka, subiektywnej (lub intersubiektywnej – to kwestia przyjętych znaczeń) i nie potrafimy spojrzeń obiektywnie na świat. Lecz możliwe jest transcendentalne zbadanie uwarunkowań naszego subiektywnego poznania. I to właśnie Kant robił, bo zdawał sobie sprawę, że obiektywne poznanie świata (transcendencji) jest dla nas po prostu niemożliwe. Obiektywne istnieje, ale jest niedostępne, więc wszystko dzieje się z perspektywy subiektywnej i tak widzimy świat. A idee konstytutywne (Bóg, dusza, wolna wola) są naturalną skłonnością istoty ludzkiej. Lecz nie posiadają one rzeczywistego odniesienia, bo nie potrafimy udowodnić ich istnienia. Kant przyjął Boga i resztę, aby wyprowadzić moralność. Ale czy one istnieją? Nie wiadomo. Są tworem człowieka i z tego własnego tworu tworzymy moralność. Lecz nigdzie nie stwierdził, że one istnieją. Zakładamy to, ale uwarunkowanie poznawcze nigdy nie pozwoli nam odpowiedzieć na te zagadnienia, jaki jest świat na prawdę. Dlatego nie może przyjąć aksjologii jako czegoś pewnego, musi opierać się na zastanej. Obiektywnej nie zbuduje, bo to niemożliwe. Przyjął zastaną subiektywną, bo sam jest człowiekiem i sam jej podlega. Aby zatrzymać się w połowie drogi, musiałbym dążyć do systemu budowanego od podstaw, a systemy odrzucał.

    Subiektywne nie patrzę jako jednostkowe, tylko jako odnoszące się do człowieka jako ogółu gatunku. Rozszerzyłem sobie to pojęcie (u Ciebie jako intersubiektywne) w wypadku Kanta, bo tak łatwiej mi się poruszać u niego. Tak gwoli ścisłości ;)

    Pozdrawiam

  • Dziewic

    Okay :) zrozumiałem ten subiektywizm nieco inaczej po prostu ;)

    Ale wydaje mi się, że jasno napisałem o co mi chodzi :P w pół drogi nie do systemu, ale do (pełnej) krytyki… Podważył „oczywistości” epistemologii i metafizyki, ale – powtarzam – nie tknął aksjologii. Wejdźmy w język Nietzschego, bo o niego tu chodzi. Kant nie dokonał przewartościowania wszystkich wartości. Nietzsche też nie buduje żadnego systemu, a jednak podejmuje się krytyki przyjętego przez naszą kulturę systemu wartości.

  • gość

    No tak, rozumiem o co Ci chodzi. Tylko mam wrażenie, że gdyby Kant połasił się na stworzenie swojej aksjologii, to zaprzeczyłby jakoby swojemu stanowisku. Nie przewartościowywał, bo nie to było jego celem. A musiał przyjąć jakiś status, aby mieć do czego się odnosić. Wydaje mi się, że gdyby zajął się aksjologią, to wykazałby się niekonsekwencją wobec swoich zamierzeń.

  • gość

    A poza tym, to brałbym też pod uwagę różnice społeczno-gospodarcze czasów Kanta i Nietzschego. To też ma duże znaczenie w rozumieniu ich punktu widzenia. Założeniem Nietzschego było wartościowanie i bunt przeciw sytuacji moralnej swoich czasów, a Kanta nie. Kant analizował warunki poznania, a Nietzsche aksjologizował. A to, że jeden drugiemu coś wyrzucał, to kwestia poboczna. Bo to tak jakby pilot wyrzucał kierowcy samochodu, że jest gorszy, bo nie bierze pod uwagę trzech wymiarów, a dwa. A de facto kierowca ma w dupie ten trzeci wymiar, bo jest mu do jazdy po drodze niepotrzebny.;) Filozofowie zawsze sobie coś wyrzucali i szukali minusów u innych. Ale powiedzenie, że filozofowie oddają w swoich poglądach kondycję i sytuację swoich czasów, ma w sobie ziarno prawdy. ;) Ps. Wiem, że już odbiegamy od tematu, ale co tam :)

  • Dziewic

    Wybacz, ale nie mogę się zgodzić na takie relatywizowanie (chociaż niektórzy mają mnie za relatywistę ;) ). Nie mówię, że warunki społeczno-gospodarcze (baza ;) ) nie mają znaczenia, ale nie można wszystkiego sprowadzać do tego – pomijasz wówczas to, co próbowałem podkreślić w moim tekście: nowość, element twórczy, pochodzący wyłącznie od filozofa (a nie od jego uwarunkowań), czyli wychodzenie myślą po-za obecny stan rzeczy.

    Kant nie krytykował systemu wartości swoich czasów i w tym sensie nie myślał (bo nie wychodził po za) – przeciwnie Nietzsche. Wiem, że Kant „myślał w kwestii” ontologii i epistemologii i przyznaję to w nawiasie, ale całość ma być ostrzeżeniem przed nie myśleniem całościowym, przed zbyt małą dozą sceptycyzmu, sceptycyzmem wybiórczym.

  • Dziewic

    Ja rozumiem, że można Kanta usprawiedliwiać („uzasadniać” na gruncie tego co napisał). Ale jeśli już mowa o jakich społeczno-gospodarczych uwarunkowaniach… Może nawet o interesach pewnej „klasy” :P Można by w ten sposób zaatakować Kanta: nie krytykował, bo byłoby to niewygodne dla pewnego status quo. Nie był prawdziwym myślicielem (od myślenia takiego, jak je zdefiniowałem w tekście) bo zamiast przekraczać – zachowywał, petryfikował.

    Tylko dobrze mnie zrozum :) ja nie mówię, że Kant jest głupi i nie warto do niego zaglądać. Bez Kanta nie byłoby dziś filozofii. Jest to lektura, do której pewnie jeszcze nie raz będę wracał. Ja tylko mówię: miejcie się na baczności młodzi adepci filozofii ;)

  • gość

    Właśnie sęk w tym, ze Kant obalił status quo i wyszedł poza dotychczasowe pojmowanie filozofii. „Przewrót kopernikański” nie na darmo się tak nazywa i podstawy do niego są potężne… Powiem Ci, że jestem w szoku, bo nie wiem, jak się odnieść do tej wypowiedzi, że „Nie był myślicielem [...] petryfikował”. Nie wiem, czy nie zrozumiałem, czy o co chodzi. Chcę wierzyć w Twoje kompetencje, ale po tej wypowiedzi nie jestem tego taki pewien… Wytłumacz mi, bo nie chcę źle tego odebrać. Kant przekroczył na tyle, że do tej pory nikt nie potrafi sobie z nim poradzić. A krytycy Kanta szukają w nim sprzeczności, bo nie potrafią go zrozumieć. Zresztą „zrozumieć Kanta” to sprzeczność wewnętrzna formy okołozdaniowej. Cała filozofia po Kancie opiera się na nim i w jakiś sposób odnosi. Nie w sposób, że „Alleluja Kant”, ale w taki, że najpierw trzeba się z nim rozprawić, aby pójść dalej. Do tej pory nikomu się to nie udało. Żadnemu myślicielowi nie udało się wykroczyć poza niego. To chyba świadczy o potędze jego myśli i twierdzenie, że „nie był prawdziwym myślicielem” jest dla mnie dalece szokujące. Dlatego proszę o wytłumaczenie, bo nie chcę źle odebrać, a niestety mój rozum czasem zbyt dosłownie pojmuje pewne rzeczy. Uniknijmy błędu ;)

    Relatywizowanie. Trzeba relatywizować, bo każdy stosunek filozoficzny odnosi się do jakiegoś stanu społeczno-gospodarczego. Zawsze filozof opiera się na warunkach zastanych i w takim duchu tworzy. Masz rację, stosuje to jako bazę do poparcia lub odrzucenia status quo, jednak zawsze się do niego odnosi. Dlatego poglądy filozofów są odbiciem sytuacji umysłowej danej epoki. In plus lub in minus. Choćbyś nie wiem jak się starał, nie będzie inaczej. Jasne, nowość, element twórczy itd podchodzą od filozofa, nie od zbiorowości, jednak to wynika z zastanego stanu rzeczy. Filozof musi wiedzieć przeciw czemu zgłasza sprzeciw i daje alternatywę. Jest uwikłany a priori w sytuację społeczno-gospodarczą i tego nie zmienisz. Tak będzie zawsze. I w jakiś sposób zawsze są przesiąknięci pewnymi tendencjami. Bo w tym się wychowali i chłonęli to od dziecka. To, że przejrzeli na oczy w pewnym momencie, nie wykorzeni z nich ducha epoki. Tak samo jest z nami. Nie uciekniesz od swoich czasów. Stoi to jak byk.

    Dla mnie Nietzsche nie był myślicielem, a buntownikiem. Niczego nie chciał stworzyć, niczego nie chciał narzucić, po prostu wyrażał swój sprzeciw wobec kondycji jego czasów. Stąd u niego aksjologia. Dla mnie to nikt więcej, jak kawiarniany filozof.

    Uf, przepraszam Cię za odrobinę jadu płynącą z niektórych fragmentów (na przykład o Nietzschem – po prostu nie rozumiem jego fenomenu) ;) Na prawdę tak nie jest, ale jak mi się pod kopułą kotłuje, to czasem wychodzą takie rzeczy ;)

    pozdrawiam :)

  • Dziewic

    Wybacz mi taki „ad personam” (chociaż ciężko o coś takiego w przypadku anonima ;) ), ale: czy ty uważnie czytasz to co ja piszę? :P

    Przecież wyraźnie napisałem: >>Kant „myślał w kwestii” ontologii i epistemologii<> ja nie mówię, że Kant jest głupi i nie warto do niego zaglądać. Bez Kanta nie byłoby dziś filozofii. Jest to lektura, do której pewnie jeszcze nie raz będę wracał.<<

    Przecież ja sobie zdaję sprawę z przełomu jakim był transcendentalizm! Ja tylko chcę położyć nacisk na pewną kwestię, chcę coś zobrazować wprowadzając pewne skrajne rozróżnienia. A ty cały czas usilnie pomijasz całość kontekstu, wybierasz pojedyncze zdania, odrywasz je od pozostałych i na tej podstawie mnie atakujesz. (Czyżby zwolennik filozofii analitycznej? Wiele by to wyjaśniało…)

    A co do wypowiedzi o tym, ze Nietzsche nie chciał niczego stworzyć. Nie zdążył – to fakt. Ale nie chciał? Wprost przeciwnie – wiele wskazuje na to, że chciał. A co do fenomenu Nietzschego – bez niego nie byłoby dziś filozofii, tak jak nie byłoby jej bez Kanta (i nie chodzi mi tu wcale o filozofię typu "egzystencjalistyczne pitu pitu w barze przy papierosku"). To, że wybrał formę aforyzmu, zamiast suchego wykładu a la Kant, nie czyni go gorszym – może nawet wprost przeciwnie.

  • gość

    Stawiam klocka na filozofię analityczną ;) Nie trafiłeś. Jestem zwolennikiem Pitagoreizmu, Platonizmu, Kantyzmu i Neokantyzmu.

    Wiem co napisałeś, potrafię czytać i dziwi mnie fakt, że kładziesz nacisk na kwestię w sposób błędny. Tylko tego przykładu się przyczepiłem. Jakbyś przeczytał mój wcześniejszy komentarz odpowiednio, to zwróciłbyś uwagę swoim światłym umysłem, że kontekst wypowiedzi jak najbardziej odpowiedni, ale przykład błędny i w błąd wprowadzający. I tylko to mi przeszkadzało. Stwierdziłem, że fajne odniesienie, ale do niewłaściwej postaci. I nie świadczy to o moich analitycznych zapędach, co jest bzdurą, co o chęci kompetencji w pracy. To nie jest problem napisać przykład do jakiegoś kontekstu, ale fajnie zrobić to dobrze, gdy przykład jest adekwatny. To Ci wytykam. Nie chodzi mi o głupi atak szczegółowy, jednak lubię właściwe stwierdzenia i odniesienia, którego tutaj zabrakło. Że zawędrowało to dalej i w tym kierunku, to nasz wspólny błąd, że daliśmy się sprowokować do bezowocnej dyskusji, która straciła swoje pierwotne zamierzenie.

    Nietzschego nie komentuję, bo nie ma to sensu. To ślepy zaułek.

    Pozdrawiam.

  • Dziewic

    Że zwolennik kantyzmu to się domyślałem :) z tą analityczną trochę ironizowałem…

    Słuchaj, powiem to jeszcze inaczej. Ten mój tekst tutaj to nie jest ani traktat, ani nawet artykuł naukowy. Nazwijmy to filozoficznym felietonem. A felieton, jako taki, pozwala na pewne uproszczenia, wyolbrzymienia, przejaskrawienia – ogólnie: na pewną dozę swobody.
    Zdawałem sobie sprawę, że może to prowadzić do pewnych zafałszowań, dlatego – ale tylko w nawiasie – dałem pewne sprostowanie co do Kanta i Kartezjusza.

    A skoro jesteś pan transcendentalista ;) to bardzo polecam lekturę „Różnicy i powtórzenia” Deleuze’a, najlepiej wspomagając się książką M. Herera „Gilles Deleuze. Struktury – maszyny – kreacje”. A potem, przez ten kontekst, spójrz na Nietzschego. Wtedy możemy podyskutować na poważnie, czy to ślepy zaułek, czy nie.

    Pozdrawiam
    I – mimo emocjonalnej atmosfery – dzięki za wymianę zdań! :)

  • gość

    Mówiąc o ślepym zaułku, raczej miałem na myśli dyskusję ad infinitum niż co innego ;) Ale dzięki za polecenia.
    Fakt, może też się niepotrzebnie przyczepiłem, ale jestem perfekcjonistą i – felieton/nie-felieton – ordnung must sein ;) Przepraszam zatem za swoją nadgorliwość. Pozdrawiam

  • CzytelnikX

    „Do filozofii prowadzą różne drogi i różne lektury, nierzadko „niefilozoficzne”. Nie chcę wam mówić o mojej” a ja bym chętnie o tym poczytał xP

  • Dziewic

    A co się będę uzewnętrzniał? :P Poza tym gdyby sprawę potraktować uczciwie to dużo elementów wpłynęło na mój wybór – choćby już od dziecka żywione jakieś zainteresowania naukowe (raczej w kierunku matematyki i fizyki teoretycznej). Ale to by się pewnie skończyło tak jak się zapowiadało, czyli na informatyce.
    W ostatniej klasie LO jakoś tak wyszło, że się trochę zhumanizowałem – a, że przewalałem wtedy kolejne tomy Witkacego, to i do filozofii było blisko.

    Ale najważniejsze były rozmowy z przyjacielem, które zaczęły się jakoś pod koniec gimnazjum/na początku liceum. Tematy były ambitne, raczej „metafizyczne” i „egzystencjalne” niż czysto spekulatywne, teoretyczne, ale dzięki temu dyskusje były żywe. Pozostało mi z tego też to, że filozofia musi „przyklejać” się do życia, a nie tkwić w oparach kadzidła (jeśli rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć).
    Z resztą…. ten kumpel też skończył na filozofii ;)

  • Dawid von Puli

    Napisałeś: Myślenie jest pewną „siłą”, „energią” podążania zawsze do przodu, po-za aktualny „stan rzeczy”.

    Z grubsza się z Tobą zgadzam Cezary. Myślenie musi mieć coś z niszczenia i tworzenia.

    Moralność to sprawa osobna, której bym nie mieszał na razie z myśleniem i tworzeniem.

    Warto się zastanowić nad pytaniem: co to znaczy Tworzyć?

    Tak pokrótce. Zawsze czyni się to na bazie uzyskanych informacji. Jeśli się przekracza ten zastany stan rzeczy, to w taki sposób, że organizuje się go na nowo. Sądzę, że sposób organizacji tych danych jest nierozerwalnie związany ze specyfiką indywiduum. W tworzeniu przekracza się obiektywność a filozofia staje się wyrazem subiektywności. Subiektywności obiektywizującej. Przekracza się zarazem i przede wszystkim Siebie. Tworzenie nowej filozofii to budowanie swojego Światopoglądu. Światopogląd znowuż nie może być powszechnie obowiązywalny, dla wszystkich i w każdym aspekcie. Światopogląd składa się m.in z sądów. Ważność tych sądów polega na tym, że po pierwsze odpowiadają one doświadczeniom wewnętrznym ich twórców, a po drugie, wnoszą coś znaczącego do puli naszej wiedzy o człowieku, gdyż otwierają przed nami jedną ze stron życia. Filozofia jest zbiorem niesprowadzalnych do siebie, wielostronnych ekspresji potencjału twórczego jednostek wybitnych. Stąd filozofii jako wyrazu osobistego nie oceniałbym w perspektywie prawda-fałsz, ale w takiej, czy jest ona ciekawą bądź nie ciekawą ekspresją osobowości jednostki.

    Nie wyklucza to szukania prawdy Obiektywnej. Ale to osobny temat.

  • Dziewic

    Zgadzam się, że tworzymy zawsze na jakiejś bazie (nie koniecznie informacji), nie uznaję creatio ex nihilo.
    Ale z tą ekspresją indywidualności popadasz w skrajność. Filozof jest zaangażowany w świat, który bada, jego światopogląd odgrywa ważną rolę w jego filozofowaniu, nie jest jakimś duchem docierającym do transcendentnego wobec całej rzeczywistości miejsca, by stamtąd obiektywnie ją opisywać i oceniać. Zgadzam się z tym. Ale nie na tym się kończy.
    Ale nie powiedziałbym, że filozofia jest ekspresją własnego światopoglądu. Filozof przecież nie jest zamknięty w jakimś pokoju bez drzwi i okien, a jedynie ze zsypem na śmieci, do którego czasem wrzuca kartki ze swojego pamiętnika. On uczestniczy w świecie, a to oznacza, że kiedy pyta – świat mu „odpowiada”, kiedy coś robi, świat mu „pomaga”, albo „przeszkadza” – tak czy siak, zawsze weryfikuje jego światopogląd.

    Dlatego uważam, że lepiej powiedzieć, że filozofia jest tworzeniem hipotez. W hipotezie masz i coś ze swojego światopoglądu i coś z wiedzy, z którą nie do końca się zgadzasz, ale nie masz własnych odpowiedzi i musisz skorzystać z tych właśnie, jakieś założenia, jakiś „opór materii”. Potem tę hipotezę weryfikujesz i jeśli podważy twój światopogląd, to będziesz głupcem nie próbując go zmienić, poprawić, czy wręcz od podstaw przebudować.

    Poza tym… pozostaje jeszcze kwestia co to znaczy, że „filozofia staje się wyrazem subiektywności” ? Chodzi mi o tę subiektywność… Jeśli twierdzisz, że istnieje jakiś podmiot, jakieś „ja” (czy to w postaci transcendentalnej jedności apercepcji, czy nawet jej Husserlowskiej wersji, tzn. strumienia świadomości) to nie mogę się z tobą zgodzić. Moim zdaniem nie ma „ja” innego niż empiryczne – a czym ono jest jeśli nie „grą” setek sił tworzących świat? A wówczas ta cała ekspresja ma swe źródło w tej „grze”, we fragmencie świata – to świat się wyraża a nie jakaś subiektywność. Jak wiesz – lub nie – moja myśl krąży wokół kwestii zatarcia podziału na przedmiot i podmiot, a wówczas nie można mówić o światopoglądzie i subiektywności (chyba, że nadamy tym terminom zupełnie inną treść niż dziś mają).

  • Dawid von Puli

    Poruszyłeś kilka istotnych kwestii lecz nie sądzę aby one miały podważać koncepcję jednostki tworzącej swój światopogląd – za pomocą filozofii – i dokonującej eksternalizacji własnej potencjalności. Nie zaprzeczam temu, że światopogląd jest wynikiem ciągłych zależności między jednostką a jej środowiskiem. Odrzucam fenomenologię husserla, sartr’ea, levinasa, morleau-ponty’ego. Nie mam więc na myśli ja transcendentalne czy strumień świadomości (chociaż nie można zaprzeczyć, że taki istnieje). Światopogląd jest czymś więcej niż ekspresją i eksternalizacją indywiduum – jednostki. Jest twórczym przetworzeniem danych przechodzących przez aparaturę poznawczą jednostki – używając żargonu naukowego. Zgadzam się z tym, że świat może weryfikować światopogląd jednostki, choć mam co do tego pewne zastrzeżenia. Weryfikować może na wiele różnych sposobów np. wymuszając na jednostce przeprowadzenie rewizji własnych przekonań. Jednostka jednak mimo wszystko może trwać przy swoich poglądach i świat ich nie zweryfikuje. Nie jesteśmy Narzędziami Świata lecz to świat jest prędzej naszym narzędziem.

    Metoda hipotetyczno-dedukcyjna – pomysł Poppera – nadaje się do Nauki i rzeczywiście również jest użyteczna w Tworzeniu własnego światopoglądu.
    Nigdzie nie pisałem, że światopogląd jest raz stworzony i nie można w nim wprowadzać żadnych zmian. Jest to proces.

    Optuję także za ja empirycznym jako wynikiem oddziaływań kosmicznych i ewolucji biologiczno-kulturowej i własnej ontogenezy. Wizja cogito oderwanego od uwarunkowań sięgających miliona lat, to dla mnie nonsens.

    Napisałeś: to świat się wyraża a nie jakaś subiektywność.

    Czy Ty jesteś heglistą?

    Nie jestem za zacieraniem różnicy między człowiekiem a światem.

    Prawdą jest, że świat się odciska w człowieku, ale też człowiek odciska się w świecie.

    Ruch jest obustronny a nie jednostronny. Relacja jest zwrotna.

    Może też w twórczy sposób ten świat kształtować ;)

  • Dziewic

    „Czy Ty jesteś heglistą?” – zabrzmiało jak wrzuta :D

    Nie, nie jestem :P Nie chodziło mi o zacieranie różnicy na korzyść świata rozumianego jako przedmiot, czyli na korzyść przedmiotu. W zacieraniu różnicy między człowiekiem, a światem chodziło mi raczej o pozbycie się transcendentnego stosunku człowieka do świata i o odebranie mu wyróżnionego miejsca.

    Trzeba by zapytać: co to jest ten człowiek odciskający się w świecie? (Nie mówię, że się nie odciska… tylko… pytam co to jest, jak to rozumieć?)

  • Dawid von Puli

    Dlaczego chcesz odebrać człowiekowi wyróżnione miejsce w świecie/kosmosie jaki jest nam znany? Jest to byt najdalej posunięty w swojej ewolucji. Jego wysoce wyspecjalizowana aparatura poznawcza nadaje mu szczególny status, bytu który może pytać o samego siebie i o naturę rzeczy go otaczających.

    Człowiek odciska się w świecie w taki sposób, że nie tylko – tak jak pozostałe gatunki – dostosowuje się do zastanego środowiska, ale przede wszystkim, środowisko dostosowuje do swoich potrzeb. Genotyp ludzki może kształtować środowisko – nazywa się to korelacją. Skutkiem tej korelacji i interakcji ze środowiskiem jest fenotyp – jednostka ze swoimi cechami. Kultura jest także dowodem na ślad człowieka w świecie. Istnieje przekaz niegenetyczny: warstwa kulturowa/społeczna. To nie ulega wątpliwości. Stąd też tak świat jest źródłem informacji, jak też sam człowiek/gatunek/jednostka.

  • Dziewic

    Z tym wyróżnionym miejscem… chodziło mi o to, żeby nie patrzeć na całość wszechświata przez pryzmat człowieczeństwa, bo grozi to antropomorfizacją rzeczywistości (choćby używanie, w ontologii, kategorii mających swe źródło w naszej potocznej percepcji).
    Może w światopoglądzie to jest dopuszczalne, może jest nawet konieczne. Ale filozofia – moim zdaniem – powinna być czymś innym niż światopogląd (choć na pewno wpływa na jego powstanie i sama jest nim przesiąknięta) i próbować obejrzeć rzeczywistość taką, jaka ona  jest, a nie taką jaka ona jest-dla-człowieka.

    Nie chodzi mi o odbieranie człowiekowi wartości. Tylko raczej o przywrócenie wartości pozostałym częściom bytu.