Zacznijmy może od krótkiej anegdoty. Po przeczytaniu „Historii erotyzmu” Georges’a Bataille’a, kilku znajomych zadało mi następujące pytanie: „no, Adam, to czego żeś się nauczył?”. Kwestię ową wypowiedzieli z iście szelmowskim uśmiechem, wierząc, że właśnie udał im się żart pyszny. Odpowiedziałem raczej enigmatycznie: „poznałem fakty, o których pewnie nawet nie słyszeliście”. Konwersacja zamarła, tajemnica zawisła w powietrzu. Nastał czas rozwiązania. Zapraszam.
Wyjawienie zagadki – już za chwilę. A tymczasem – słów kilka o autorze. Georges Bataille (1897 – 1962) to francuski pisarz i filozof. Zasłynął wprowadzeniem koncepcji „literatury transgresji”. Słynny był też jego żywot. Z zawodu bibliotekarz, świetnie zorientowany w świecie nauki i sztuki; światowiec, myśliciel. Z zamiłowania – bywalec paryskich zamtuzów, wszechstronny znawca tego osobliwego wykwitu cywilizacji, jakim jest prostytucja. Zafascynowany tym, co w seksualności najbardziej wybujałe i plugawe: ofiarami z ludzi, orgiami, cierpieniem, upodleniem. Jak dostrzec nietrudno – osobowość intrygująca, „natura szeroka”, jakby powiedział Dostojewski. Kipi jakąś wewnętrzną sprzecznością, nieusuwalnym rozdarciem życia psychologicznego. Takie też jest jego dzieło – fascynująca „Historia erotyzmu”.
Opis książki zacznę od bardzo prostego stwierdzenia: nie jest to pozycja ilustrowana. Akt znajdziemy jedynie na okładce. Amatorów doznań wzrokowych odsyłam do jakichś albumów czy innych publikacji naukowych z dziedziny biologii. W przypadku „Historii erotyzmu” – nie ma co liczyć na tzw. goliznę. Najchętniej zresztą odesłałbym z miejsca wszystkich tych, co liczą na ustępy, co to wzbudzają gorszące żądze. Nic z tych rzeczy – rozważania swoje prowadzi Bataille na wysokim poziomie abstrakcji; nie znajdziemy tu literackich opisów ni odważnych szkiców. Jest jednak coś, co wyobraźnię pobudzić może – język, jakim praca ta została napisana. On właśnie przezwycięża formę i sprawia, że książka budzi w nas sprzeczne emocje. Ale dość wprowadzenia, przejdźmy do konkretnej analizy.
Dociekania szczegółowe zacząć wypada od formy. Po książce o tytule „Historia czegoś-tam” spodziewałem się raczej typowego wykładu, swoistego przeglądu stanowisk i autorów. Że w średniowieczu, to erotyzm był taki a taki, a potem przyszedł renesans i było zupełnie inaczej. Łatwo dostrzec, że publicystyka filozoficzna popadła w pewną manierę: jeśli książka dotyka zagadnienia ogólnego (np. etyki lub ontologii), to dostajemy zwykle przegląd stanowisk, idei oraz autorów. Tu – jest zupełnie inaczej. „Historia erotyzmu” Bataille to kilka esejów, które dość luźno oscylują wokół szeroko rozumianej erotyczności. Sam autor proponuje iście filozoficzną metodę badań. Dla niego historia erotyzmu zaczyna się wraz z ustanowieniem pierwszych reguł „zarządzania kobietami” i właśnie ten fakt chce analizować z pozycji historyka. Nietrudno dostrzec, że to nie tyle zdarzenie, a proces dziejowy, który trudno przyporządkować do konkretnej daty na osi czasu. Trafiamy więc do dziwnego, niejako pozaczasowego wymiaru dociekań, i próbujemy prześledzić zachowania erotyczne u ludów pierwotnych. To zaś bezpośrednio prowadzi nas do problemu kazirodztwa.
Pytanie: dlaczego ludzkość od swych pierwszych wieków tak gwałtownie atakuje kazirodztwo? Czy jest to wynik intuicji, która znalazła potwierdzenie dopiero w dwudziestowiecznych badaniach genetycznych – że tak spłodzone dzieci częściej rodzą się ułomne? Brzmi sensownie; już starożytni mieli wszak dostęp do, powiedzmy, obserwacji empirycznych. Bataille nieco wywraca ten prosty pogląd. Odsyłając nas do badań Levi-Straussa, mówi, że ludzkość od dawna miała bardziej złożone podejście do problemu kazirodztwa. Chodzi mianowicie o dopuszczane małżeństwa wewnątrz rodziny: między kuzynami „skrzyżowanymi” (np. syn brata i córka siostry) jest to akt najbardziej poprawny, zaś między kuzynami „równoległymi” (np. syn brata i córka drugiego brata) – najbardziej potępiony. Skąd tak gwałtownie różne reakcje? W tym przypadku biologia wydaje się grać rolę drugorzędną. Chodzi o coś zupełnie innego – o relacje wewnątrz społeczności. Po opis dokładnego mechanizmu odsyłam już do samej treści „Historii erotyzmu”. Myślę, że powyższy przykład – rozważania o kazirodztwie wypełniają jedną siódmą zbioru – dobrze oddaje charakter omawianej pozycji. Jeszcze raz powtórzę moją tezę – to bardziej esej naukowy niż źródło przyjemności estetycznych.
„Bardziej naukowy”, lecz nie „naukowy po prostu”. Książka Bataille’a sytuuje się na antypodach dzisiejszych chłodnych i profesjonalnych prac badawczych. Wspominałem już o tym, co przezwycięża formę – o języku. Starałem się to wrażenie także, w ograniczonym zakresie, przenieść na tę recenzję – by dać wam przedsmak lektury „Historii…”. Słownictwo naszego myśliciela jest sążniste, nieco archaiczne, wybujałe; lubuje się on w języku mętnym i poetyckim, co lepiej wpisuje się w klimat Baudelaire’owskiego spleenu niźli murów Sorbony. Zacytujmy:
„Jest oczywiste, że gniewa nas to, iż wynurzamy się z życia, z ciała, z zakrwawionego plugastwa.”
I – gwoli jasności – nie jest to tekst dobrany tendencyjnie, dla utwierdzenia tezy. Otworzyłem książkę, dosłownie, na pierwszej, lepszej stronie i już – taki wykwit literacki.
Nim przejdziemy do zebrania tych rozrzuconych myśli – krótka wycieczka ku filozofii. We wstępie czytamy motywację Bataille’a. Odpowiada on na podstawowe pytanie: dlaczego zdecydował się pisać o erotyzmie. Sądzę, że to wątek istotny dla lepszego zrozumienia „Historii…”. Jest zatem owa książka gwałtownym atakiem na współczesną mu kulturę utylitarną, na paradygmat „bycia potrzebnym”, „bycia ku czemuś”. Nasz filozof orzeka, że pragmatyzm dawno już stracił swą witalność, że tylko dogrywa w sposób długi a nudny. Woła o nowe myślenie – wolne od prymatu użyteczności. Wymowne są wykrzyczane słowa (parafrazując): „nawet Boga wprowadzili z pobudek utylitarnych, by świat miał sens, był celowy i komuś użyteczny!” Teza warta przemyślenia.
„Historia erotyzmu” Bataille to intrygująca pozycja. Jak podkreślałem – naznaczona jest jakąś aporią, nieprzezwyciężalną sprzecznością, nieprzystawaniem naukowej struktury oraz poetyckiego, mętnego języka, który treść wyraża. Jest to także książka niedokończona – w kilku miejscach czytamy adnotację, że „w tym miejscu rękopis się urywa”. Brak pewnego rodzaju korekty czy rewizji całości jest odczuwalny. Nie jest to wreszcie książka dla osób, co poszukują silnych wrażeń. Więcej tu antropologicznych medytacji – jak nad rozważaniami Levi-Straussa o kazirodztwie – niż wybujałej erotyki.
Ja – polecam. Szczególnie osobom, które z przyjemnością czytały „Kwiaty zła” Baudelaire’a. Poczują się komfortowo, choć komfort będzie to lepki i jakby w przygaszonym świetle, co skrywa mroczną tajemnicę. Scjentystom i utylitarystom odradzam. Jeszcze gotowi się zgorszyć, niczym panna na wydaniu zarumienić, i milczeć tylko – wymownie.
Za materiał do recenzji dziękuję Cafe Księgarni Vademecum.
Przeczytaj także wpisy o podobnej tematyce:
- Bóg: Mała historia Największego, Manfred Lütz – recenzja
- Współczesna filozofia społeczna, Leszek Koczanowicz, Rafał Włodarczyk – recenzja
- Poszukiwanie człowieka w (nie)egalitarnym świecie – horyzonty społeczno-filozoficzne – recenzja
- Instrukcja obsługi tekstów – Metody retoryki – recenzja







Poszukiwanie człowieka w (nie)egalitarnym świecie – horyzonty społeczno-filozoficzne – recenzja
Instrukcja obsługi tekstów – Metody retoryki – recenzja
Anaksymenes z Miletu – niedoceniany mistrz?
Z archiwum φ #2 – Zdeterminowana wolna wola
Nietzsche: o dwóch religiach nihilistycznych (i jednej afirmatywnej)